Rowerem do Budapesztu

19
paź

Gdzieś na trasie.Czyli dziennik z samotnej wyprawy do Budapesztu.

OD CZEGO SIĘ ZACZĘŁO
Często słyszę to pytanie. Wiele bodźców. Być może od artykułu w gazecie (o Eurovelo), a może od chęci poprawienia kondycji przed kolejnym triathlonem, a może tak naprawdę od tego, że lubię odkrywać nowe miejsca, a Budapeszt to jedna z nielicznych stolic europejskich w których nie byłem. Może też od inspirującego filmu „Janapar”? A może… tak naprawdę o czegoś co zwie się siłą wyższą. To ona w trudnych chwilach kazała mi pedałować.

ROWER
No właśnie rower. Każdy weekend na dwa miesiące przed wyjazdem poświęcałem na składanie roweru. Jeszcze rok temu rower służył mi tylko do jeżdżenia. Odcinek praca-dom, dom-praca. Bywało, że nawet na wymianę dętki jeździłem do serwisu. Teraz się z tego śmieje, ale cóż nawet ta prosta czynność mieściła się wtedy dla mnie w sferze czarnej magii.

Średnio mnie interesowało to z czego rower jest złożony i czy ma przerzutkę Alivio czy może tą z wyższej półki czyli Deore. Aż do dnia kiedy postanowiłem przygotować rower na wyprawę. Rozkręciłem jednoślada prawie na części pierwsze, wymieniłem kilka elementów. W necie zamówiłem wytrzymały bagażnik przedni i tylny sprawdzonej, polskiej firmy Crosso. Tryby nasmarowałem różnej maści maściami i smarami. Tak właśnie przerobiłem mój rower miejski na rower trekkingowy. Tak również rozpoczęły się moje przygotowania.

PRZYGOTOWANIA
Tutaj ukłon w stronę Jacka. Jacek to zapalony globtrotter (dookolaswiata.org). Wraz z żoną Agnieszką zjeździł na tandemie m.in. Nową Zelandię. Jacek doradził mi w kwestiach sprzętowych, pożyczył sakwy, namiot, kalimate i kilka innych niezbędnych rzeczy. Dziękuje także Bartkowi, który zawszę na ostatnią chwilę ogarnia mi ubezpieczenie. Acha no i dziękuje mu za linki mocujące bagażnik, które dostarczył mi na kilka godzin przed wyjazdem. Nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo mi się przydały.
Bardzo pomogła mi też książka autorstwa Ani i Roberta Maciąg „Podręcznik Przygody Rowerowej”. To w niej dowiedziałem się, że nie sprzęt ma znaczenie, ale chęć, determinacja i radość z podróży. Natomiast jeżeli chodzi o trasę to powiem szczerze, że słabo byłem przygotowany. Istny Żywioł. Trasę zacząłem badać na dwa dni przed wyjazdem, posiłkując się strzępami informacji jakie znalazłem na jednym z blogów. Zdałem się na mapy, orientacja a w ekstremalnych sytuacjach na intuicje. GPS’u nie brałem. Nie chciałem zaprzątać sobie głowy ładowaniem tego ustrojstwa. Rozpisałem potencjalną trasę.

TRASA
Z racji ograniczonego czasu (tygodnia), na co miały wpływ palące projekty w firmie, postanowiłem, że ominę polski odcinek i wystartuje z Czeskiego Cieszyna. A więc:

I ETAP: Pociąg 455km
Poznań – Katowice.
Przesiadka: Katowice – Czechowice-Dziedzice.
Przesiadka: Czechowice-Dziedzice – Cieszyn.

II ETAP: Rower: 352km
1 DZIEŃ 107km: Cieszyn(PL) – Jablunkov(CZ) – Cadca(CZ) – Zilina(SK) –Martin(SK)
2 DZIEŃ 102km: Martin(SK) – Kremnica(SK) – Ziar nad Hronom(SK) – Banska Stiavnica (SK)
3 DZIEŃ 98km: Banska Staivnica (SK) – Hontianske Nemce(SK) – Sahy(SK)- Retsag(HU) – Veroce-Dunaj(HU)
4 DZIEŃ 45km: Veloce(HU) – Vac(HU) – Budapeszt(HU)

III ETAP: Pociąg : 1194km
Budapeszt(HU) – Warszawa(PL)
Przesiadka: Warszawa – Poznań

TOWARZYSTWO:
Miałem jechać z kolegą, ale miał problem z urlopem. Ciężko było kogoś namówić, bo mało kto poważnie traktował mój pomysł. Zima co raz bliżej, nie chciałem tego przekładać na przyszły rok. Zdecydowałem. Ruszam sam. Od chwili podjęcia decyzji do momentu wyjazdu, usłyszałem wiele epitetów w stylu „wariat, psychol”. To mnie tylko mobilizowało. Matka nie mogła spać w nocy. Babciom powiedziałem, że jadę pociągiem.

NOCLEGI (założenia)
Cieszyn – Hostel znajomego „3bros”
Trasa rowerowa – namiot, spontan lub camping
Budapeszt – couchsurfing

DZIEŃ PIERWSZY - Polska
Wsiadam do pociągu. Cudem przeciskam rower przez wąskie drzwiczki przedziału. Rower z sakwami jest cięższy niż zakładałem, ledwo mogę go podnieść. W wagonie specjalnym zawieszam rower pionowo na wieszak. Siadam na dupie, tak żebym mógł go obserwować. Obok mnie siedzi Bartek. Zagaduje go, bo kilka godzin jazdy przede mną. Bartek jedzie na melanż do kumpla do Opola. Bartek mnie zadziwia. Wygląda jak łazarski dres spod żabki, a ma poglądy bardziej merytoryczne niż Sekielski z Morozowskim wzięci razem do kupy. Pewnie w szkole nauczycielki miały w zwyczaju określać go mianem „zdolny, ale leniwy”. W Żmigrodzie dosiada się do nas hipiska-rowerzystka. Ma ogoloną głowę, ale twarz za to tak pogodną jakby skrzyżować serdeczną aparycję papieża Franciszka z chillout’owaną facjatą Dalajlamy. Wybiera się z przyjacielem rowerem do Grecji. Kilkanaście tygodni podróżowania przed nią. Otrzymuję od niej cenne wskazówki wyprawowe. Z wypiekami słucham jej anegdot z eskapad rowerowych do Rumunii. Gosia daje mi dużo pozytywnej energii, a ja w zamian daję jej namiary na nocleg w Kosowie.

Wysiadamy na dworcu w Katowicach. Windy zepsute. Proszę policjantów, żeby pomogli nam znieść rowery po schodach. Robią to z uśmiechem na ustach. Myślę CHWDP. Chwała Wam Dobrzy Policjanci. Mam niewiele czasu na zakup biletu. Kupuję bilet na koleje śląskie. Żegnam się z Gosią. Pędzę na peron, lecz przede mną znów wyrastają schody… Zaczepiam przechodnia, który pomaga mi wnieść rower po schodach i zapakować go do pociągu. Okazuję się, że facet również jest zapalonym rowerzystą. Zjeździł Wegry wszerz i w poprzek. Ledwo zdążyłem. Ląduje w ciasnym korytarzu między kiblem a jedynym wyjściem w wagonie. Podróż do Czechowic i wyrozumiałość ludzi przypomina mi, że wciąż jestem w mojej kochanej ojczyźnie.

W Czechowicach czekam godzinę na pociąg do Cieszyna. Odnotowuje, że największą atrakcją dla czechowickich dzieci są przejazdy koleją. Poznańskie dzieci preferują raczej Playstation. W podmiejskiej kolejce do Cieszyna słucham melodyjnej gwary śląskiej. W radiu leci śląska wersja niemieckich pieśni biesiadnych. Konduktor nuci i dubluje wokal pod wąsem . W płucach mam śląskie, różowe powietrze (click). Późnym wieczorem docieram do Cieszyna.

Cieszyn robi na mnie ogromne wrażenie. Mijam piękny rynek z arkadami i odnajduję Hostel „3 Bros”. W drzwiach wita mnie Adam. Sympatyczny Krakus, o aparycji znanego polskiego aktora Macieja Stuhra. Chociaż, jak sam  przyznaje, że po kilku piwkach wygląda bardziej jak Jerzy Stuhr. Kilka piwek później, jestem mu skłonny przyznać racje. Adam zaprowadza mnie do 8-osobowego pokoju. Dzisiaj śpię w nim sam. Raj. Idę do kuchni. Robi na mnie ogromne wrażenie. Ponad stuletnia ceglana ściana, portrety cesarza Józefa na ścianie i… mini golf na podłodze! Bartek przynosi mi lokalne piwko- „Brackie”. Mówi, że to przydział. Żyć nie umierać. Tego było mi trzeba, W Hostelu oprócz mnie śpi także Amerykanka. Proponuję jej wspólny wypad do czeskiego pubu. Zgadza się bez zawahania. Zakłada japonki i wyruszamy. Na moje pytanie ”czy to normalne w US, żeby warunkach jesiennej piździawy chodzić w japonkach” odpowiada enigmatycznie „że, w sumie to nie zdążyła spakować butów jak wyruszała z Portland”. Nie wnikam. Ameryka.

Przekraczamy most nad Olzą. Jesteśmy w Czechach. Znajdujemy pub „U Huberta”. Lipa. Pub powinien raczej nazywać się „Teleport”. Błyskawicznie przeniósł nas w klimat ciężkiej komuny. Wnętrza w klimacie peerelu. W powietrzu unosi się tak gęsta chmura dymu, że ciężko dostrzec barmankę. Wychodzimy. Wracamy do Polski. Na moście zaczepia nas dwóch pijaczków. Wyglądają, na takich, którzy albo zaraz nam wpierdolą albo pójdą na rękę i wezmą tylko gotówkę. Kolejny Cud. Jeden z pijaków, po etapie wstępnej agresji wyznaje miłość Amerykance…po polsku. Jestem tłumaczem. Proponują nam wspólne picie. Odmawiam. Pijak wyciąga portfel z kieszeni i wręcza mi banknot 50 złotowy. Odmawiam. Wkłada mi banknot za koszulę. Jestem w szoku, nie reaguję. Pijak dodaje nieskładnie „Zabierz ją na piwko luuub… ciastko. Obiecaj!” Obiecuję. Żegnamy się, szybko, za nim nasz dobroczyńca się rozmyśli. Kierujemy się w stronę polskiego pubu „U czecha”. Wnętrze pubu przypomina mi piękne krakowskie piwniczne knajpy. Amerykanka wraca do wcześniejszego zajścia na moście i pyta „czy to w Polsce normalne”. Odpowiadam szczerze „ Nie”. Śmiejemy się pół wieczoru z tego incydentu. Za podarowane pieniądze kupujemy najdroższe piwo i cały arsenał przekąsek. Rozmawiamy o różnicach między naszymi państwami. Amerykanka jest pierwszy dzień w Polsce. Polecam jej kilka polskich miast i zapraszam do Poznania. Mówi, że wpadnie w drodze do Berlina. Wracamy do Hostelu, opowiadamy chłopakom z Hostelu o zajściu i dostajemy drugie piwko poza przydziałem. Gramy w mini golfa i sikamy ze śmiechu oglądając oldskulowy odcinek „Za chwilę dalsza część programu”. Ulatniam się z salonu jako pierwszy, bo planuje pobudkę o 7 dnia następnego.

DZIEŃ DRUGI – Słowacja
Budzę się przed 7. To z podniecenia. Dzisiaj w końcu pierwszy raz dosiadam mojego rumaka. Adam przygotował dla mnie stół szwedzki i pomaga mi zamontować cały balast na rower. Wyglądam ja cygański tabor. Obiecuje Adamowi, że jeszcze kiedyś ich odwiedzę, ruszam. Mijam most graniczny. Niemiecki rower „Helmut” bo tak go ochrzciłem, od tej chwili staje się moim najlepszym przyjacielem.

Po minięciu granicy czuję euforię. Jestem uskrzydlony. Czuję wiatr we włosach…i co jakiś czas podmuch rozpędzonego tira. Postanawiam nie ryzykować, zjeżdżam z drogi ekspresowej i odbijam w boczną. Odcinek przed Słowacją piękny ale bardzo wyczerpujący. Słonko na niebie, górskie widoki, małe wioski, wieśniacy popijający piwko. Sielanka, gdyby nie ten ciągły podjazd. Momentami muszę zejść z roweru, bo sakwy ciągną mnie w dół. Wyczerpany Docieram do granicy słowackiej. Na szczęście po każdej burzy wychodzi słońce, a po każdym podjeździe jest zjazd. Wniebowzięcie, znów wiatr we włosach. W słowackiej Zilinie wjeżdżam na starówkę, robie kilka zdjęć barkowemu ryneczkowi, posilam się. Zaczepiam faceta na rowerze. Pytam się go o drogę pomiędzy Ziliną a Martinem. Jestem pełen obaw wobec tej trasy. Jeden Czech wcześniej ostrzegał mnie przed tym niebezpiecznym odcinkiem. Chcę się upewnić czy nie lepiej pokonać tej trasy pociągiem. Nie ma innej drogi. Mieszkaniec Ziliny nie potrafi powiedzieć wprost, ale z jego warg wyczytuje, że dam rade….Chociaż, gdybym wiedział co tak naprawdę mnie czeka pewnie wsiadłbym jednak w pociąg. Mimo, że 5 godzin jazdy rowerem dało mi się we znaki, pocieszam się, że to ostatnie 30km na dziś. Marzę o ciepłym śpiworze i wyprostowaniu nóg.

Nie zwlekam, chcę jednak zdążyć rozbić namiot przed zmierzchem, więc nie zabawiam długo w mieście i wjeżdżam na drogę ekspresową. Natężenie ruchu dosyć spore, ale widoki i przyzwoicie szerokie pobocze pozwalają mi zapomnieć choć na chwilę o rozpędzonych tirach. Droga z nizin wbija się w dolinę i wiję się między pionową ścianą skalną a urwiskiem z drugiej strony. Nie straszne mi znaki ostrzegawcze, że odłamki skalne mogą spaść na drogę. W dole płynie rzeka. Nic nie zapowiada najgorszego. Naglę, pasy drogowę zawężają się do dwóch i kończy się pobocze. Jestem zmuszonym wjechać na pas samochodowy. Pobocze niknie. Wstrzymuję ruch samochodowy i oddech w płucach. Za mną tir, który nieustannie trąbiąc, jedzie za mną kilkanaście metrów. Pokazuję mu kulturalnie żeby się odpierdolił bo nie mam miejsca. Po chwili jednak pękam i desperacko zjeżdżam w wąską zieloną zatoczkę. Jestem uwięziony. Stoję. Mijają mnie kolejne rozpędzone samochody. Cisną prawie 70km/h. Tkwię uwięziony w wąskiej zatoczce przy drodze tranzytowej. Łzy cisną mi się do oczu. Jestem wściekły na cały świat. A każdego Tira bym najchętniej zepchnął z tego urwiska. Nie ma wyjścia. Umysł na szczęścię szybko przytomnieje. Wyciągam kciuk by złapać stopa. Pół godziny czekania na nic. Nikt nie chce się zatrzymać. Za duży ruch. Wreszcie zjeżdża transportowe auto. Kierowca tamuje ruch, żeby mnie wyciągnąć z tej pułapki. Miłosierny Słowak robi miejsce na pace. Przekłada terakotę i kleje do płytek. Odczepiamy sakwy i pakujemy rower do środka. Nie jestem wstanie wykrztusić słowa. Tamuje łzy i pokazuję ”dziękuję” w migowym języku. Płytkarz podrzuca mnie na przedmieścia Martin’a i pomaga znaleźć Camping. Jedyny camping w okolicy niestety jest zamknięty. No cóż jest przecież dawno po sezonie. Słowak przypomina sobie o karczmie położonej u podnóży gór, do której mnie podwozi. Dziękuje mu z całego serca. Żegnam się z nim. Zaraz się ściemni. Szukam właściciela karczmy. Wyglądam jak przybysz z kosmosu, więc w sumie to on mnie znajduje pierwszy. Po oznajmieniu, że przyjechałem z Polski i jadę do Budapesztu, właściciel puka się po czole. Międzynarodowym znakiem daje mi do zrozumienia, że może mieć do czynienia z szaleńcem. Jednak z uśmiechem wskazuję mi polanę między potokiem a sosnami. To największe sosny jakie widziałem w życiu, które średnicą konara bardziej przypomają dęby. Na polanie pozwala mi rozbić namiot. Sugeruje mi żeby schował się za krzakiem bo takie akcje są w tym regionie nielegalne. Ulga. Rozbijam namiot. Karczmarz otwiera dla mnie karczme. Zamawiam u niego kiełbasę i czeskie piwo. Siadamy przy stole, przeglądamy mapy i rozmawiamy o górach. Karczmarz pokazuje mi zdjęcia z Grecji jak zdobył Olimp i rekomenduje mi trasy na jutro. Poznaję jego żonę i kilkuletnią wnuczkę. Na koniec daje mi klucz do toalety. Pozwala mi się wykąpać w umywalce. Wracam do namiotu. Długo nie mogę zasnąć, za dużo adrenaliny jak na pierwszy dzień.

TRZECI DZIEŃ – Słowacja
Wstaje o 7.00. Oddaje klucz karczmarzowi. Macha mi na pożegnanie i życzy powodzenia. Ten dzień można ochrzcić dniem kurewsko trudnych podjazdów. To, że podjazd pod Kremnice „kremuje” moje mięśnie to jest pikuś przy podjeździe na Banską Stiavnicę. Wtedy też po raz pierwszy doświadczam słowackiego „poczucia” humoru. Najpierw jeden wędkarz pokazuje mi skrót, który wiedzie niemalże przez pionową ścianę. Ciężko jest się na nią wdrapać, a co dopiero podjechać rowerem. Potem drugi uprzejmy Słowak dobija mnie informacją, że do szczytu (czyli do miejscowości Banska Stiavnica) zostało 8km. Ale najgorsze są trzy „kopce”, które muszę jeszcze pokonać. . Tego dnia słowo „kopiec” doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Niektóre kopce powinny mieć tu wyciągi. Jestem skrajnie wyczerpany, ale zaciskam zęby i ruszam przed siebie. Na szczęscie żarcik uprzejmego słowaka wyszedł na jaw gdy po przeczłapaniu nie 8km a tylko 3km pojawia się tabliczka z napisem Banska Stiavnica.

Ukoronowaniem dnia jest dotarcie, do jednego z piękniejszych miast jakie dane było mi zobaczyć w życiu. Tu czas stanął w miejscu. Brukowane uliczki w średniowiecznym klimacie i górskie zbocza gęsto zabudowane cudownymi kamieniczkami. Prawie zmierzch. Zimno jak cholera. W końcu jestem na szczycie góry. Dla własnego dobra postanawiam tej nocy nie spać w namiocie, ale znaleźć jakiś tani nocleg. Szukam wzrokiem młodych ludzi, żeby zagaić po angielsku. Niestety młodzi ludzie na Słowacji, nie za bardzo władają tym językiem. Próbuję po niemiecku, bez skutku. W końcu udaje mi się w uniwersalnym migowym języku uzyskać namiary na Hostel. Docieram. Hostel zamknięty. Wiatr przenika mnie do szpiku kości, a zgrzane ciało szybo traci temperaturę. Zaczepiam starszą panią wracającą z cmentarza. Pytam o jakikolwiek nocleg w okolicy. Gadamy po „polsłowacku”. Pani patrzy na moje utrapione lico. Pyta „na ile zostaje w Banskiej”. Kiedy mówię, że na „jedną noc” zaskakuje mnie propozycją „to ja Pana, na jedną noc mogę przechować”. Chciałem krzyknąć „kocham panią” ale udało mi się wypluć jedynie „bardzo się cieszę”. Przemierzamy całe miasto. Po kwadransie stoimy przed starą kamienicą. Pani Alica, emerytowana nauczycielka, żyje na tyle skromnie, że nie ma nawet ciepłej wody w mieszkaniu. Wlewa mi do miski gorącą wodę z czajnika. Po kąpieli, zaprasza mnie do kuchni, w której czas dawno stanął w miejscu. Serwuje mi dużą piętką chleba zasmażaną w jajku. Pycha! Na rozgrzanie dostaję słowackiego czaju. Po posiłku, nauczycielka oprowadza mnie po mieście i opowiada jego historię. Po powrocie do domu czeka na mnie łóżko z ciepłą pierzyną. Tej nocy śpię jak dziecko.

CZWARTY DZIEŃ – Słowacja/Węgry
Wstałem przed 7. Pani Alica była już na nogach, a dwie skibki czekały na stole w kuchni. Jedną zjadłem, drugą zapakowałem na drogę. Uściskałem panią Alice i obiecałem, że wyślę do niej kartkę z Budapesztu. Przy zjeździe z Banskiej moje pedały miały fajrant. Magiczne widoki, małe wioski, złota jesień na drzewach i potężny klasztor w wiosce Anton. Przed granicą rozmawiam znów z jakimś dowcipnym Słowakiem, który podnosi mnie na duchu mówiąc, że Węgry są „płaskie jak stół”. No dobra może i są, ale nie na pewno nie w regionie w którym przyjdzie mi pedałować. Po wjechaniu na Węgry, dopada mnie syndrom dnia trzeciego. Kryzys. Trasa na odcinku Sahy- Vac jest bardziej pofałdowana niż cellulit Anny Grodzkiej. Podjazd, zjazd, podjazd zjazd. Znów droga ekspresowa na odcinku 40km bez pobocza. Tym razem jednak zaciskam zęby i nie poddaje się do końca. Przed węgierskim miastem Vac zjeżdzam na lokalną drogę prowadzącą do Dunaju. Gdy docieram na brzeg tej wielkiej rzecznej autostrady, czuję w środku coś co tak naprawdę ciężko opisać. Wielkie szczęście. Znajduję jakąś przystań rybacką. Moje próby dogadania się z młodą barmanką z przystani spaliły na panewce. Na Węgrzach młodzi posługują się językiem angielskim równie biegle co Polacy portugalskim. O dziwo siedzący obok starszy pijaczek okazuje się doskonałym lingwistą. Zostaje naszym tłumaczem. Dostaje zielone światło na rozbicie namiotu. Lokuję się zaledwie 10 metrów od Dunaju. Szybka kąpiel w zimnej rzece, odpalam butlę z gazem, wstawiam pudliszkowe klopsiki i delektuję się widokiem olbrzymiej rzeki. Sam nie wiem czy to noc jest taka ciepła, czy moje mięśnie tak rozgrzane. Pół nocy śpię poza śpiworem .

DZIEŃ PIĄTY – weeekend w budapeszcie i powrót
Wysypiam się. Wstaje późno. Sprawdzam mapy. Zostało mi 45km. Myślę “spoko”. Ruszam dopiero ok 11, po zapakowaniu wszystkich gratów. Wjeżdzam na drogę, która zwie się „EuroVelo 6”. Eldorado dla „sakwiarzy” i rowerzystów. Droga jest bardzo logicznie oznakowana, położona z dala od tranzytu i wiedzie wzdłuż dunajskich nabrzeży. Gdy minąłem tablice z napisem „Budapeszt” z radości rozdarłem japę i wykrzyczałem kilka cenzuralnych i niecenzuralnych słów. Musiałem wyglądać na wariata. Z drugiej strony, czy ktoś o zdrowych zmysłach jedzie do Budapesztu rowerem? Cóż, opinię publiczną w tym momencie miałem głęboko w dupie. Udało się! Jestem przeszczęśliwy i spełniony.

Umawiam się z dziewczyną, która użyczy mi sofy w Budapeszcie. Umawiamy się pod główną stacją Nyugati Palyaudvar o 15.00. Węgierkę znalazłem na couchsurfingu, nie miała żadnych rekomendacji i bardzo mało informacji o sobie. No, cóż, do ostatniej chwili nie wiem, kogo zostanę pod stacją i czy w ogolę kogoś zastanę. Kitti przyszła punktualnie. Zaprowadza mnie do mieszkania w którym mieszka z kuzynką. Dostaje ciasny, ale własny pokoik o długości łóżka. Kitti odkrywa przede mną swoje talenty świetnej kucharki, przewodniczki i współtowarzyszki. To były trzy wspaniałe dni spędzone w Budapeszcie. Żegnając się z nią na dworcu miałem wrażenie, że nie chce stamtąd wyjeżdżać.

Z Budapesztu wracam pociągiem. Mam przesiadkę w Wawie. Zwoniar, kumpel ze studiów robi mi niespodziankę i wpada na dworzec zachodni z browarkiem. Gadamy chwilę, pijemy piwko na peronie i w kilku zdaniach streszczam mu wyjazd.. Szymon pomaga mi wpakować się z moim grajdołkiem do pociągu. W ostatniej chwili wyskakuje z pociągu.

KILKA SŁÓW NA ZAKOŃCZENIE
Przed wyjazdem miałem wiele takich momentów, kiedy chciałem zrezygnować z wyprawy. A to sprzęt zły, a to pogoda marna, a to czasu brak, bo praca bo tamto bo sramto. Człowiek ma taką naturę, zawsze znajdzie sobie tysiąc wymówek, dlaczego powinien sobie “odpuścić”. Dlatego bardziej od osiągnięcia celu, jestem dumny z zrealizowania samej wyprawy i przekonania samego siebie, że warto to zrobić. Oprócz cięzkich sakiew przywiązłem z tej podróży dodatkowy bagaż. Bezcenny bagaż doświadczeń.

Nie zawsze było kolorowo, lecz mimo, że do teraz mam problem z czuciem w kilku palcach, straciłem moje ukochane okulary (+kilka kolejnych kilogramów) i mam traumę jak widzę ciężarkówkę, to czuję, że mógłbym zrobić to jeszcze raz. Choćby zaraz. Jestem szczęściarzem, że miałem okazję spotkać na drodzę takich ludzi jak karczmarz, hipiska, płytkarz, węgierka kitti i nauczycielka. Jednak to właśnie od nauczycielki Alicji dostałem najważniejszą życiową lekcję – nim mniej czegoś mamy tym więcej się tym dzielimy. Po powrocie do kraju wysłałem jej paczkę z produktami z Polski. Choć nawet ta paczka nie jest wystarczającą rekompensatą za jej wielkie serce.

 

Autor: Graf Maszynista
  1. Hej, normalnie zazdroszczę CI przygody i zarazem coś czuję że nie będzie to ostatnia!

    Mógłbyś napisać ile kosztowała cała podróż (od wyjścia z domu)?
    Bardzo bym się ucieszył gdyż sam planuję podobną (tyle że przez bieszczady)

    Z góry dziękuję!

    WYKOP!

    • Dzięki Arek,

      Nie powiem Ci ile dokładnie kosztowała moja podróż, bo nie ustalałem budżetu przed wyjazdem. Generalnie, najdroższym elementem tej ekspedycji była inwestycja w sprzęt- czyli przygotowanie roweru do podróży i zakup wyposażenia. (ok. 800zł). Pocieszające jest to, że do następnej wyprawy zakupiony wczesniej sprzet wykorzystam , przez co kolejny wyjazd bedzie zdecydowanie tańszy. Warto popytać znajomych i pożyczyć np. wodoodporne, porządne sakwy (bo koszt jednej to niestety ok. 400zł), szczególnie na ten pierwszy wyjazd, jeżeli nie ma się doświadczenia w kwestiach sprzętowych.

      Jeżeli chodzi o podróż, to za nocleg zapłaciłem tylko w Cieszynie. Jedzenie? Wydałem mniej więcej tyle ile wydaje na co dzień (ok25zł/dzień). Także moje wydatki stały na bardzo przyzwoitym poziomie. Uwierz mi, że kasa wydana na tego typu eskapady to bardzo dobrze zainwestowane pieniądze:). Więc jeżeli to jest jedyna rzecz, która powstrzymuje Cie przed wyjazdem, to nie zastanawiaj się dłużej, wsiadaj na rower i ciesz się wolnością:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>